Ostatni dzień kadencji

Premier Butodziej-Witt patrzył zdezorientowany na leżący przed nim papierek, podsunięty przez pracowitego asystenta, który stał obok z naręczem innych dokumentów. Przypadek właściwie sprawił, że zamiast podpisać od ręki, premier przebiegł wzrokiem treść dokumentu. Zaczął już tego żałować.

Sir? — asystent nie był jeszcze do końca wdrożony w protokół.

Wyjdź, proszę. Muszę… potrzebuję chwili namysłu.

Kiedy za chłopakiem zaskrzypiały zamykane drzwi gabinetu Premier ciężko westchnął i na chwilę ukrył twarz w dłoniach. Po chwili wahania sięgnął po słuchawkę telefonu i wykręcił numer łączący go bezpośrednio z najważniejszym z ministrów. Po odebraniu usłyszał jednak głównie szum.

Halo, Tato?

—  Auksencjusz? Musisz mówić głośno, jestem na lotnisku, właśnie startujemy.

Tato, mam przed sobą rozporządzenie numer 37. Czy możesz mi wyjaśnić o co w tym chodzi?

Cisza po drugiej stronie telefonu przeciągała się.

Po prostu podpisz — po długiej przerwie nadeszła odpowiedź. — To w tej chwili jedyne rozwiązanie.

Kiedy uzbrojeni agenci wywalili drzwi do apartamentu Kaufmana nastąpiła chwila konsternacji. W sumie wszyscy wiedzieli, że można się spodziewać wszystkiego. Tym niemniej pawie pióra, zapach rozpuszczalnika oraz walające się po podłodze pudełka po cialis to trochę dużo. Pod podkutymi butami wkraczających z cichym trzaskiem pękały zużyte plastikowe strzykawki. Kaufman nawet ich nie zauważył – stał w swojej sypialni wpatrując się przez balkonowe okno w wiszące jeszcze nisko różowe słońce.

Słońce wstaje krwawo… tej nocy przelano krew – powtórzył kolejny już raz. Nie obejrzał się jednak na łóżko, na którym wciąż leżała odurzona poprzedniego wieczoru czternastolatka.

Agenci, powtarzając wezwanie do uniesienia rąk za głowę zbliżyli się do niego, celując z pistoletów maszynowych. Jeden wyciągnął już kajdanki, którymi miał unieruchomić degenerata. W tym momencie usłyszeli jednak warknięcie. Zza drzwi prowadzących do drugiego pomieszczenia wypadł zdziczały Karbiak. Wyłupiaste oczy tym razem niemal wisiały, a z części, którą można w przybliżeniu uznać za szyję zwisał kawałek urwanego łańcucha. Agenci nie mieli żadnych szans na krótki dystans. Rozszarpał ich, po czym zaczął grzebać we flakach, szukając najsmaczniejszych kawałków.

Kaufman nie zwrócił na nic z tego uwagi.

Przyzywa mnie krzyk mew, walczących o truchło dwutygodniowego kociaka na plaży — zadeklamował nagle, otwierając balkon — Wzywa mnie pisk pijanego albatrosa. Woła mnie tańcząca w porcie ulicznica. Jestem. Jestem. Jestem. — wstąpił na stojące przy barierce krzesło. — Kroczę w przestrzeń wolności, gdzie wyznanie jest przebaczeniem a żal… — uczynił krok naprzód. 

Końcówka taśmy amunicyjnej zagrzechotała, kiedy wciągał ją huk CKMu. W nastałej ciszy zaskakująco głośno zabrzmiały słowa jego operatorów.

Ładuj, kurwa, ładuj!

Chciałbyś, żebym ci załadował, co Torkan?

Wykurwiaj Vlad!

Muzyka broni zabrzmiała na nowo, wypluwając ołowiane nuty prosto w twarze nacierających.

Minister van Koller podjechał swoim pancernym samochodem pod budynek Parlamentu. Wysiadając już zauważył nietęgą minę mającego go eskortować do środka komandosa. Zaklął w duchu, spodziewając się najgorszego.

Podchodząc do czekającego w środku oficera dowodzącego zabezpieczeniem budynku zobaczył cztery przykryte kształty, które mogły być tylko ciałami. Zazwyczaj opanowany oficer był blady. Tym razem van Koller naprawdę się przestraszył.

Co do kurwy… akcja miała być bezproblemowa! Nie było mowy o ofiarach! – wykrzyczał do skrzywionego dowódcy komanda.

Nie spodziewaliśmy się. Ten marszałek… nagle rzucił się na eskortę, wymachując kodeksem i coś krzycząc. Musieliśmy się bronić. A Radziecki wykorzystał szansę i zaczął strzelać, załatwił jednego z agentów.

Co? Strzelać? Z czego? Skąd miał broń w budynku Parlamentu?

— Nie jestem pewien jak… — dowódca komandosów podniósł plastikową torebkę, w którą włożony był rewolwer Radzieckiego.

— Nieważne — minister Koller też zauważył ślady na lufie i kolbie. — A czwarte ciało?

— No bo… jak zaczęła się strzelanina… to jeden z naszych… no… był w krzyżowym ogniu. 

— Kto? — Koller wstrzymał oddech.

— Panie ministrze… — dowódca tylko wskazał palcem na jedno z ciał, które w odróżnieniu od pozostałych leżało na noszach.

van Koller podszedł do ciała i odsłonił jego twarz. Nagłe poczucie realności spadło na niego jak wiadro lodowatej wody po pobycie w saunie. Patrzył w twarz Oskara ben Groznego-Witta, do niedawna – kandydata na kolejnego premiera z ramienia KPA, a teraz – stygnącego już trupa.

Młody łącznikowy przydzielony do obsługi Pałacu Królewskiego właśnie skończył sobie robić poranną kawę. Chwilę wcześniej zmienił swojego poprzednika z nocnej zmiany. Nie odrywając ust od kubka sięgnął po najnowszą depeszę, którą wypluł z siebie staroświecki dalekopis.

Po chwili, z wielką brązową plamą na mundurze, biegł już w kierunku królewskiej sypialni.

Król Alfred, wciąż w nocnej koszuli z wyszytym herbem, spokojnie wysłuchał informacji przekazanej przez oficera. Wezwał – jak od niego oczekiwano – wszystkich dygnitarzy na nadzwyczajne spotkanie. Kiedy wszyscy wyszli zdecydowanie przekręcił klucz w zamku drzwi, po czym – dla pewności – podstawił pod klamkę krzesło, zapierając je o ciężki dywan. Ściągnął z łóżka prześcieradło i zaczął je skręcać.

Gaston Senancour sprężystym krokiem podążał przez salę przylotów lotniska w Dreamopolis. Po krzepiącym urlopie w Santerze, który upłynął mu na czytaniu ciekawostek w Wikipedii i gromadzeniu specjalistycznego oprzyrządowania do barbecue był gotowy na wszystko, co miał mu do zaoferowania Dreamland. Jak się okazało – w przeciwieństwie do samego Dreamlandu. Dwie minuty później rozplątane sznurowadło wcięło się w ruchome schody, obalając Pierwszy Grill Dreamlandu i posyłając go w niebyt. Opustoszałe ciało spędziło kolejne czterdzieści lat w szpitalu, podtrzymywane sztucznymi metodami w ruchu, jednak sam Gaston wymieniał się już ze świętym Augustynem fachowymi uwagami, porównując swoje bogate kolekcje porcelany.

O Autorze
Prezerwatyw Tradycja Radziecki W mikroświecie od 2005 roku. Mieszkaniec wielu krajów, w Dreamlandzie od 2016 r. Współzałożyciel KPD. Literat, heraldyk, grafik i polityk.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *