W poszukiwaniu stwórców


Naropa, Freud i Budda


W systemie sześciu jog indyjskiego mędrca-mahasiddhy Naropy znajduje się milam – Joga Świadomego Snu, która pozwala przejąć kontrolę nad światem sennych marzeń przez uzyskanie w nich świadomości śnienia. Praktyka nie rozpoczyna się jednak w chwili, w której adept przykłada głowę do poduszki. Również w dzień należy żyć przeświadczeniem, że wszystko, co się wydarza, jest snem; iluzją, którą funduje sobie umysł. Jeśli w chwili szczególnie gwałtownych emocji, jak nienawiść, gniew lub radosna ekscytacja, adept zda sobie sprawę z nierealności otaczającej go rzeczywistości, a uczucia ulegną stonowaniu, znak to, że praktyka jest wykonywana poprawnie.

Misza bardzo głęboko wszedł w problem ego w mikroświecie. Zadał przy tym pytania, na które trudno znaleźć obiektywną odpowiedź. W swoim tekście wielokrotnie używa terminu jaDo ogromnego repertuaru jego pytań dodam kolejne – czym jest ja?

Moglibyśmy iść na łatwiznę i stwierdzić, że nie ulega wątpliwości stwórczy akt ja realnego produkującego ja wirtualne – ciało wyobrażone; iluzoryczne; taką umysłowość, jaką sami chcielibyśmy posiadać w paraleli. Ja wirtualne jest więcej mniej lub bardziej świadomą (jest to kryterium najważniejsze, jeśli pytamy, ile ja jest w ja) emanacją ja realnego, lecz wciąż nie wiem, gdzie tak naprawdę się znajduje.

Według dziś już nieco przestarzałej psychoanalizy ego powstaje w świadomej jednostce, ponieważ biologiczny organizm musi zaspokajać swoje potrzeby w świecie zewnętrznym. Ja jest łącznikiem – tym, co służy kontaktowi organizmu z zewnętrznością. Zygmunt Freud wyróżnił kilka faz powstawania osobowości, którą kształtuje rzeczywistość zewnętrza. Kładł przy tym duży nacisk na okres od momentu narodzin do rozpoczęcia okresu dojrzewania. Tam też szukał źródeł wielu chorób i psychicznych zahamowań. W dużym uproszczeniu – nie jesteśmy tymi, kim się urodziliśmy i nie pomrzemy tymi, kim jesteśmy. Ego jest więc uwarunkowane, płynne i niestałe.

Powinniśmy siebie również zapytać, w którym dokładnie momencie powstaliśmy jako osobowość psychiczna. Innymi słowy – kiedy dokładnie powstało nasze indywidualne ja? Od kiedy możemy powiedzieć, że istniejemy realne ( jako coś więcej niż zbiór śluzów, enzymów, białek i tłuszczu) lub wirtualnie? W drugim przypadku odpowiedź wydaje się prosta – wirtualnie istnieję od chwili rejestracji na forum, w systemie informatycznym lub z chwilą pierwszego kontaktu z innymi uczestnikami gry.

Z perspektywy filozofii buddyjskiej nigdy nie było takiego momentu, od którego można wyznaczyć początek istnienia (przejawiania się zjawisk). Ja jest puste. Ja jest iluzoryczne. Tę wszechogarniającą pustkę naszego jestestwa wypełniamy przemijalnymi, niestabilnymi odczuciami, emocjami, percepcją, pamięcią i świadomością. Są to tzw. skandhy – nagromadzenia, które, tak jak wszystko inne, ulegają trójstopniowemu procesowi powstawania, trwania i zaniku. Ja ogólne jest konwencją kształtowaną świadomie lub warunkowaną zewnętrznością. Jesteśmy sumą wszystkich zdarzeń, doświadczeń, które nas napiętnowały.


Mikronacje to zabawa?


Mikronauci bardzo chętnie odchodzą od monitorów swoich komputerów, zwłaszcza gdy mają okazję spotkać się z innymi uczestnikami gry. Napiją się piwa, wesoło pogwarzą, wciąż zachowując w świadomości swój wirtualny byt. Potrafią w knajpie na pełny głos wykrzyczeć, że są hrabiami lub diuczessami. Dochodzi do zderzenia światów, przerwania granicy, ukazania siebie innym z całym bagażem niedoskonałości, które mogą nie pasować do wytworzonego wizerunku arystokraty, głowy państwa, uczonego lub świątobliwego męża. Czyż w tej wesołej destrukcji nie ma piękna?

Zażartym wrogiem mieszania rzeczywistości realnej z wirtualną jest Daniel von Witt. Reprezentuje stanowisko, że należy odróżnić i stanowczo oddzielić byt realny od wirtualnego. Za wszelką cenę uchronić emanację iluzoryczną. Według niego mikronacje to zabawa dla ja realnego i poważna rzeczywistość dla ja wirtualnego.

Kiedy Daniel von Witt zarzucił premierowi Torkanowi Ingawaarowi, że exposé tydzień po objęciu urzędu nie zostało opublikowane, w obronie szefa rządu stanął tylko Aluś de la Ciprofloksja w słowach: Weekend majowy był, nie czepiaj się. [który – V. I.] […] u normalnych ludzi skończył się przedwczoraj. Von Witt odpisałHmm… Tylko sęk w tym, że jedyne święto w ostatnim czasie wypadło w Unii Saudadzkiej. 2 maja było Święto Gołda i Flagi. Niestety jednak jest to dzień pracujący. Dni wolne od pracy zostały zniesione jakiś czas temu, ale to i tak dotyczy tylko tej jednej prowincji. Majówkę mogli więc ewentualnie mieć Unici, ale nie komuniści. Być może na twarzach niektórych osób, które przeczytały te słowa, pojawił się delikatny uśmiech rozbawienia – niekorzystnej oceny. Spróbujmy jednak zrozumieć ex-arcyksięcia.

Mikronacje, choć uchodzą za grę, wymagają zaangażowania w proces (wspoł)tworzenia społeczności mikropaństwa.  To już stanowi problem i źródło wszystkich emocji. Rodzi kolejne pytania. Kto je czuje? Ja realne, czy wirtualne? Przypuszczam, że zależy to od poziomu świadomej kreacji osobowości.

Jestem pewien, że prawie każdy podczas swojej wirtualnej przygody czuł negatywności – gniew, zawód, rozczarowanie, być może nawet nienawiść. Zapewne byli i tacy, którzy odczuwali sympatię do innych osób, przyjaźń lub współczucie. Zdolność do odczuwania jest tak bardzo ludzka i stanowi najgorsze z piętn. Definiuje nas (to, co uważamy za ego), konstruuje (konwencjonalną i konceptualną) osobowość. Bez niej bylibyśmy maszynami lub ożywionym zlepkiem materii.

Uważam, że podejście von Witta można uznać za mechanizm obronny. Jasne nakreślenie nieprzekraczalnych granic chroni konstrukt przed wszystkimi negatywnościami, ich źródłami i w konsekwencji przed jego zniszczeniem.


Poszukają prawdy


Ja jest puste. Budda pewnie powiedziałby, że zarówno ja realne, jak i ja wirtualne to tylko nasze koncepcje, którymi wypełniamy wszechogarniającą pustkę. Nie ma więc czego bronić. Naropa w celu zdystansowania nas samych radziłby uznać także naszą wirtualną aktywność za sen – tak samo nietrwałą i nierealną, nieprawdziwą, a więc niewartą emocjonalnego uniesienia. Freud po przeprowadzeniu analizy uznałby, że mamy głęboko zakorzenione problemy natury psychicznej.

Możemy też umówić się na piwo i na chwilę zapomnieć o tym, kim (niby) jesteśmy. Nie ma stwórców, nie ma stworzonych. Jest tylko nieograniczona możliwość pustki.

O Autorze
Vladimir Iwanowicz von Lichtenstein Teutończyk i mieszkaniec Dreamlandu. W swoim v-życiu był królem, cesarzem i arystokratą. Obecnie przejrzał na oczy i stara się wspierać ideę komunistyczną we Wspólnocie Korony Ebruzów. Redakcyjny rysownik.

Jedna myśl na temat “W poszukiwaniu stwórców

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *