Ciało wyobrażone


Wirtualia to dotknięcie dwustronne, dwuwymiarowe. Ponowny mit stworzenia. Kontrolowane lepienie nowego ja tak, jak ja tego chcę. Pozorne wycięcie niechcianego, zapanowanie nad głosem. Pozorne kreowanie poza standardami, konwencjami realnymi. Pozorne, bo wątpię czy w ogóle możliwe. Jednak można zaryzykować stwierdzenia, że to wyrażenie tego, co dotąd niewyrażalne, zatrzymanie tego co zwykle wyrażane. Bezcielesność zagrana. Wirtualne istnienie zainicjowane dla – właśnie czego? To co mnie interesuje to właśnie postrzeganie cielesności wirtualnej. Czy istnieje ciało? Czy mamy korpus? Czym on jest?



Bazując na językowych filarach świata wirtualnego nie rozważa się problemu narracji poza-językowej. Wyczuwalne jest jednak poczucie przestrzenności, bycia w, bycia częścią czegoś, co w jakimś rejestrze świadomości ma kształty pozwalające nam ukonstytuować ja jako nie tylko słowo, ale postać w wielowymiarowym świecie. Co tworzy jednostkę? Czy budulec to jedynie słowa? Czy posiadamy głos? Czy oralność jest pożądana w świecie wirtualnym? A może – ze względu na jej zakorzenienie w realiach – jest przekroczeniem formuły przedstawienia, którego jesteśmy częścią?



Jak wygląda sprawa korpusu? Jak tworzy się wizualny obraz danej postaci w oczach tworzącego, jak jest on konstruowany przez współuczestników? Czy możemy mówić o pewnej zmysłowości – albo wręcz duchowości – wynikającej z materialności pisma? Czy to co stanowi o fizyczności to awatar, zeskalowana do odpowiednich wielkości grafika z ulubioną postacią z serialu, filozofem, pisarzem, itp? Czy ta forma reprezentacji jest nieodwołalna, tj. czy dane zwizualizowanie ja jest związane z nami do końca, czy zmiana wizerunku z jednego na drugi nic nie zmienia, czy może narusza postrzeganie ja reprezentowanego w fabule? Czy przedstawienie wizualne w tej postaci jest w ogóle istotne? Jak wpływa na odbiór między uczestnikami?



Czy ładunek osobowości, jakieś didaskalia podświadomości albo stereotypizacji myślenia jednostki mówiącej jest wystarczająca by zbudować całość formy ja przedstawionego? Czy ciało tworzą znaki interpunkcyjne, emotikonki będące wizualnymi odpowiednikami głosu, tembru, natężenia? Czy to jest właśnie wcielonym, ucieleśnionym ja?



Te pytania, plus tekst napisany przeze mnie wcześniej, to zaczyn do dyskusji nad byciem w tej wymiarowości. Pytanie czy ta szukana przez mnie forma cielesności jest w jakimkolwiek istotna dla całej fabuły tego wymiaru. Pytanie czy ta cielesność jest.


 

W poszukiwaniu stwórców


Naropa, Freud i Budda


W systemie sześciu jog indyjskiego mędrca-mahasiddhy Naropy znajduje się milam – Joga Świadomego Snu, która pozwala przejąć kontrolę nad światem sennych marzeń przez uzyskanie w nich świadomości śnienia. Praktyka nie rozpoczyna się jednak w chwili, w której adept przykłada głowę do poduszki. Również w dzień należy żyć przeświadczeniem, że wszystko, co się wydarza, jest snem; iluzją, którą funduje sobie umysł. Jeśli w chwili szczególnie gwałtownych emocji, jak nienawiść, gniew lub radosna ekscytacja, adept zda sobie sprawę z nierealności otaczającej go rzeczywistości, a uczucia ulegną stonowaniu, znak to, że praktyka jest wykonywana poprawnie.

Misza bardzo głęboko wszedł w problem ego w mikroświecie. Zadał przy tym pytania, na które trudno znaleźć obiektywną odpowiedź. W swoim tekście wielokrotnie używa terminu jaDo ogromnego repertuaru jego pytań dodam kolejne – czym jest ja?

Moglibyśmy iść na łatwiznę i stwierdzić, że nie ulega wątpliwości stwórczy akt ja realnego produkującego ja wirtualne – ciało wyobrażone; iluzoryczne; taką umysłowość, jaką sami chcielibyśmy posiadać w paraleli. Ja wirtualne jest więcej mniej lub bardziej świadomą (jest to kryterium najważniejsze, jeśli pytamy, ile ja jest w ja) emanacją ja realnego, lecz wciąż nie wiem, gdzie tak naprawdę się znajduje.

Według dziś już nieco przestarzałej psychoanalizy ego powstaje w świadomej jednostce, ponieważ biologiczny organizm musi zaspokajać swoje potrzeby w świecie zewnętrznym. Ja jest łącznikiem – tym, co służy kontaktowi organizmu z zewnętrznością. Zygmunt Freud wyróżnił kilka faz powstawania osobowości, którą kształtuje rzeczywistość zewnętrza. Kładł przy tym duży nacisk na okres od momentu narodzin do rozpoczęcia okresu dojrzewania. Tam też szukał źródeł wielu chorób i psychicznych zahamowań. W dużym uproszczeniu – nie jesteśmy tymi, kim się urodziliśmy i nie pomrzemy tymi, kim jesteśmy. Ego jest więc uwarunkowane, płynne i niestałe.

Powinniśmy siebie również zapytać, w którym dokładnie momencie powstaliśmy jako osobowość psychiczna. Innymi słowy – kiedy dokładnie powstało nasze indywidualne ja? Od kiedy możemy powiedzieć, że istniejemy realne ( jako coś więcej niż zbiór śluzów, enzymów, białek i tłuszczu) lub wirtualnie? W drugim przypadku odpowiedź wydaje się prosta – wirtualnie istnieję od chwili rejestracji na forum, w systemie informatycznym lub z chwilą pierwszego kontaktu z innymi uczestnikami gry.

Z perspektywy filozofii buddyjskiej nigdy nie było takiego momentu, od którego można wyznaczyć początek istnienia (przejawiania się zjawisk). Ja jest puste. Ja jest iluzoryczne. Tę wszechogarniającą pustkę naszego jestestwa wypełniamy przemijalnymi, niestabilnymi odczuciami, emocjami, percepcją, pamięcią i świadomością. Są to tzw. skandhy – nagromadzenia, które, tak jak wszystko inne, ulegają trójstopniowemu procesowi powstawania, trwania i zaniku. Ja ogólne jest konwencją kształtowaną świadomie lub warunkowaną zewnętrznością. Jesteśmy sumą wszystkich zdarzeń, doświadczeń, które nas napiętnowały.


Mikronacje to zabawa?


Mikronauci bardzo chętnie odchodzą od monitorów swoich komputerów, zwłaszcza gdy mają okazję spotkać się z innymi uczestnikami gry. Napiją się piwa, wesoło pogwarzą, wciąż zachowując w świadomości swój wirtualny byt. Potrafią w knajpie na pełny głos wykrzyczeć, że są hrabiami lub diuczessami. Dochodzi do zderzenia światów, przerwania granicy, ukazania siebie innym z całym bagażem niedoskonałości, które mogą nie pasować do wytworzonego wizerunku arystokraty, głowy państwa, uczonego lub świątobliwego męża. Czyż w tej wesołej destrukcji nie ma piękna?

Zażartym wrogiem mieszania rzeczywistości realnej z wirtualną jest Daniel von Witt. Reprezentuje stanowisko, że należy odróżnić i stanowczo oddzielić byt realny od wirtualnego. Za wszelką cenę uchronić emanację iluzoryczną. Według niego mikronacje to zabawa dla ja realnego i poważna rzeczywistość dla ja wirtualnego.

Kiedy Daniel von Witt zarzucił premierowi Torkanowi Ingawaarowi, że exposé tydzień po objęciu urzędu nie zostało opublikowane, w obronie szefa rządu stanął tylko Aluś de la Ciprofloksja w słowach: Weekend majowy był, nie czepiaj się. [który – V. I.] […] u normalnych ludzi skończył się przedwczoraj. Von Witt odpisałHmm… Tylko sęk w tym, że jedyne święto w ostatnim czasie wypadło w Unii Saudadzkiej. 2 maja było Święto Gołda i Flagi. Niestety jednak jest to dzień pracujący. Dni wolne od pracy zostały zniesione jakiś czas temu, ale to i tak dotyczy tylko tej jednej prowincji. Majówkę mogli więc ewentualnie mieć Unici, ale nie komuniści. Być może na twarzach niektórych osób, które przeczytały te słowa, pojawił się delikatny uśmiech rozbawienia – niekorzystnej oceny. Spróbujmy jednak zrozumieć ex-arcyksięcia.

Mikronacje, choć uchodzą za grę, wymagają zaangażowania w proces (wspoł)tworzenia społeczności mikropaństwa.  To już stanowi problem i źródło wszystkich emocji. Rodzi kolejne pytania. Kto je czuje? Ja realne, czy wirtualne? Przypuszczam, że zależy to od poziomu świadomej kreacji osobowości.

Jestem pewien, że prawie każdy podczas swojej wirtualnej przygody czuł negatywności – gniew, zawód, rozczarowanie, być może nawet nienawiść. Zapewne byli i tacy, którzy odczuwali sympatię do innych osób, przyjaźń lub współczucie. Zdolność do odczuwania jest tak bardzo ludzka i stanowi najgorsze z piętn. Definiuje nas (to, co uważamy za ego), konstruuje (konwencjonalną i konceptualną) osobowość. Bez niej bylibyśmy maszynami lub ożywionym zlepkiem materii.

Uważam, że podejście von Witta można uznać za mechanizm obronny. Jasne nakreślenie nieprzekraczalnych granic chroni konstrukt przed wszystkimi negatywnościami, ich źródłami i w konsekwencji przed jego zniszczeniem.


Poszukają prawdy


Ja jest puste. Budda pewnie powiedziałby, że zarówno ja realne, jak i ja wirtualne to tylko nasze koncepcje, którymi wypełniamy wszechogarniającą pustkę. Nie ma więc czego bronić. Naropa w celu zdystansowania nas samych radziłby uznać także naszą wirtualną aktywność za sen – tak samo nietrwałą i nierealną, nieprawdziwą, a więc niewartą emocjonalnego uniesienia. Freud po przeprowadzeniu analizy uznałby, że mamy głęboko zakorzenione problemy natury psychicznej.

Możemy też umówić się na piwo i na chwilę zapomnieć o tym, kim (niby) jesteśmy. Nie ma stwórców, nie ma stworzonych. Jest tylko nieograniczona możliwość pustki.

Bardo, albo przekroczenie koncepcji języka

Wstęp

Towarzysz Witt mówi, że powinniśmy oddzielić aktywność realną od mikronacyjnej. Może tak, może nie. QPA. Poniższy utwór dedykuję jednak Towarzyszowi Miszy, którego mogłem nieopacznie odwieść od wirtualnego życia. Olejcie me słowa, Towarzyszu. Porcja poezji postmodernistyczno-awangardowej ośmieszy mnie niemożebnie, ale co tam. Niech się toczy koło samsary! Dla ułatwienia dodam, że jest to alfabetyczny kolaż – cyrylica, greka, hiragana.

Bardo

Oto przypadł ci w udziale stan bardo[1] –

pomiędzy światami.

Wpisujesz login i hasło,

zostajesz księciem, premierem lub artystą.

Kim jednak jesteś w między,

gdy system trawi tormy[2] twojego loginu?

Tвorzymy ciała iluzoryczne,

WYOBRAŻONE.

Tłuścioch staje się atletѫ;

Kryptogej rozdaje papieskie błogosławieństwa;

Ladacznica uchodzi za cnotliwą だmę;

Spierdolina przywdziewa złotą koronѧ;

Dyslektyk otrzymuje literackie のble;

A LOT OF NOTHING.

MEHR LICHT der Hoffnung in Nichts.

しゃлєńctvo. Игры. Spaß.

tylko дokとr twierdzi, że to poważna impreza.

смрoдy

гниёнцeгo

тpyхлα

тyт

nie poczujesz.

vexillium ciała Dharmy in der Hand des Sohnes bezpłodnej kobiety[3].

krzyk шαлeństвα.

Terminy

[1] Bardo – stany, w których przebywa umysł zgodnie z teoriami Diamentowego Pojazdu. Jednym z nich jest bardo pomiędzy śmiercią, a powtórnymi narodzinami.

[2] Torma – ofiara, tradycyjnie sporządzana z masła.

[3] Parafraza okrzyku Milarepy.

Pierwszy dzień kadencji

Drugi maja. Rok dwa tysiące siedemnasty. Premier Ingawaar trzymał się kurczowo uchwytu, próbując utrzymać równowagę w bujającym się niczym okręt na pełnym morzu wagonie. Z głośników nad siedzeniami leciało właśnie Mein Scheißeturm autorstwa niedawno debiutującego boysbandu The Senancours.

Choć do Dreamopolis przyleciał wczesnym rankiem, to teraz dochodziła czternasta. Przez wzmożony pieszy ruch pielgrzymkowy wszystkie drogi stolicy były wyłączone z użytku samochodów, toteż świeżo upieczony szef rządu musiał skorzystać z jedynej linii tramwajowej w mieście. Przez spadającą wartość dreama lokalny przewoźnik ustalił nową taryfę: dwa Ojcze Nasz lub trzy Zdrowaś Mario. Z tego też powodu postój na każdym przystanku trwał dwadzieścia minut.

Podczas długiej i nużącej jazdy Ingawaar kontemplował widok za przeraźliwie brudną szybą. Po obu stronach torowiska rozciągał się las ruin w wielu miejscach upstrzony kraterami po eksplodujących ładunkach. Podobno w ostatnich  dniach kadencji luzytański rząd próbował walczyć ze wzrastającym poparciem dla czerwonej zarazy kierując ogień artyleryjski w stronę domów sympatyków Komunistycznej Partii Dreamlandu. Pod szarym sklepieniem nieba równie szarzy i bezkształtni ludzie wlekli się bez celu między stertami gruzu. Niektórzy siedzieli z milczącymi twarzami na fragmentach ceglanych murów, przesuwając w dłoniach koraliki różańca. Gdzieniegdzie dogasały jeszcze inkwizycyjne stosy.

Wysłużony pojazd nieuchronnie zbliżał się do końca linii. W pewnej chwili przeraźliwe zapiszczały zardzewiałe hamulce, a tłum stłoczony w wagonie odrzuciło do tyłu. Tramwaj stanął. Rzeka brudnych pasażerów zaczęła wylewać się z otwartych drzwi. Ingawaar wyszedł ostatni. Jak zwykle ubrany był w swoją prostą, ciemną koszulę. W ręku trzymał podręczną walizkę. Spokojnym krokiem podążył zasłaną śmieciami alejką w kierunku ponurego gmachu Pałacu Rady.

Po kilku minutach znalazł się przed frontowym wejściem. Ustawiona na marmurowej kolumnie przed schodami figura świętego Augustyna mierzyła go swoim groźnym spojrzeniem. Monumentalne mury i ozdobione witrażami okna budowli przytłaczały swoją skalą. W miejscu stromego dachu obecnie  rozłożony był szary brezent. Ingawaar zakołatał w bramę:

— Ach, pan premier! Proszę wchodzić! — powiedziała sympatyczna staruszka otworzywszy drzwi. — Miło widzieć tu pana ponownie. Stęskniliśmy się za panem!

— Dzień dobry, pani Jadwigo! Mnie też miło widzieć panią w tak dobrym zdrowiu — premier uśmiechnął się ciepło do pulchnej Furlandki. — Widzę. że ostatnia nawałnica dała się wam we znaki…

Wskazał na nieistniejący dach.

— Nie, nie. Dachu nie ma już dobry miesiąc — odpowiedziała, po czym dodała, widząc zdziwienie na twarzy Ingawaara — Premier Butodziej nakazał rozebrać drewniane belki i zrobić z nich krzyżyki na ścianę do każdego urzędu w Królestwie. To samo się stało z pałacowym parkiem.

Pani Jadwiga spojrzała w stronę okna wychodzącego na tyły budynku.

Istotnie, sceneria za oknem była iście apokaliptyczna. Miejsce, które kiedyś było prawdziwą oazą zieleni w centrum Dreampolis, obecnie przypominało raczej atomowe pobojowisko. Zamiast bujnej roślinności można było dostrzec tam jedynie ucięte na wysokości kilkunastu centymetrów pnie.

Ingawaar po chwili oderwał wzrok od szyby i podążył skrzypiącymi schodami za Panią Jadwigą. W korytarzu na pierwszym piętrze zalegały sterty dewocjonaliów. Posążki, figurki, medaliki, krzyżyki, obrazy, obrazki, ikony, świece, lampki, karafki z wodą święconą. Wszystko, czego nie zdążyła już zabrać poprzednia ekipa podczas wyprowadzki z pałacu.  Po prawej tronie znajdowały się drzwi drzwi do apartamentów ministrów. Premier pociągnął za najbliższą klamkę. Zardzewiałe zawiasy jęknęły przeraźliwie.  W środku wystrój uległ znaczącym zmianom. W oczy rzucała się brudna i podarta tapeta oraz odłażące płaty białej farby na suficie. W centrum znajdował się drewniany stolik z Pismem Świętym oraz starannie wytarty, dębowy klęcznik. Drzwi, za którymi niegdyś znajdowała się łazienka teraz prowadziły do niewielkiej, prywatnej kaplicy. Ingawaar z trudem powstrzymał się od komentarza. Odwrócił się do pani Jadwigi.

— Za trzy godziny zjawią się ministrowie. Proszę kazać przygotować świeżą pościel.

— Nie ma.

— Słucham?

— Jeszcze premier Witt kazał całą skonfiskować… — kobieta była wyraźnie zmieszana — Kilkukrotnie przyłapywał swoich ministrów na aktach samogwałtu. Minister Senancour po trzeciej takiej wpadce musiał podać się do dymisji! Biedny Gaston…

Ingawaar milczał przez dłuższą chwilę. Następnie ruszył na dalszą inspekcję pałacu. Po drodze zapytał tylko, dlaczego w pokojach ministrów zainstalowany jest monitoring. Staruszka wyjaśniła, że w ten sposób premier Witt i po nim premier Butodziej sprawdzali, czy ich podwładni wywiązują się z obowiązku zmawiania porannego oraz wieczornego pacierza. Otrzymał też informację, że nie mogą wejść do kancelarii premiera, ponieważ wciąż zajmuje ją zatrudniony przez premiera Witta rządowy kapelan. Potem odwiedzili także kuchnię, gdzie dowiedzieli się, że dziś kolacji dla członków nowego rządu nie będzie, bo po pożegnalnym przyjęciu zorganizowanym przez premiera Butodzieja w spiżarni pozostał tylko suchy chleb jeszcze z wielkiego postu.

Ostatnie piętro Pałacu Rady było szczególnie zagracone. Wszędzie walały się puste flaszki po winie mszalnym. Wszystko było pokryte grubą na kilka centymetrów warstwo kurzu, przez co każdy krok wzniecał małe tornado. Z sali na końcu korytarza dobiegały jakieś dziwne odgłosy. Szybkim krokiem poszli w tamtą stronę.

W dużym, pogrążonym w półmroku pomieszczeniu tłoczyli się wychudzeni, ubrani w stare, podarte łachmany ludzie. Stali na drewnianych taboretach. Wyciągnięte do góry ręce opierali na stropowych deskach. Pojękiwali cicho. Po ich skórze spływały stróżki gęstego potu. Wielu było na skraju wyczerpania. W rogu sali z minuty na minutę rosła sterta ciał. Kilku groźnie wyglądających żołnierzy celowało w nich lufy swoich karabinów.  Ingawaar nie wytrzymał. Skoczył do najbliższego żołdaka:

— Co tu się kurwa odpierdala!? Co tu robią ci biedni ludzie!?

— Podtrzymują sufit, sir.

— Co…?

— W zeszłym tygodniu pękła jedna ze spróchniałych belek, sir.

— Natychmiast… ich… wypuść… — wycedził przez zęby z trudem panując nad sobą. — A pani — zwrócił się do stojącej w wejściu Jadwigi — niech natychmiast przyśle tu kogoś, żeby naprawił ten cholerny sufit!

— To niemożliwe, panie premierze. Minister Witt w ramach walki z totalitarnymi symbolami komunistycznymi nakazał konfiskatę i utylizację wszystkich młotków w stolicy.

Ingawaarowi zrobiło się duszno. Z trudem wybiegł na korytarz. Zbierało mu się na wymioty. Niemalże doczołgał się do wyjścia na taras. Pchnął przeszklone drzwi, pragnąc zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Usiadł na ubrudzonej ptasimi odchodami ławce i zaczął głęboko oddychać. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Po kilku minutach doszedł do siebie. Rozkoszował się pięknym pejzażem. Przed pałacowymi garażami swój początek miał flagowy projekt ekipy Butodzieja-Witta. Piękna, szeroka na 10 pasów w obydwie strony autostrada prowadząca do podmiejskiego sanktuarium.  Co niedzielę o wpół do dziewiątej przejeżdżała nią kolumna czarnych, rządowych limuzyn — premier i jego ministrowie pędzili na poranną mszę. W pozostałe dni także i ta trasa służyła pątnikom.

Ingawaar siedział wygodnie na ławce łapiąc promienie wiosennego słońca rzadko przebijające się przez grubą warstwę chmur. Ciężki, radioaktywny pył drażnił mu nozdrza. To Korpus Ochrony Pogranicza Wojak przeprowadzał właśnie pierwszą dreamlandzką próbę nuklearną w pobliskiej dzielnicy nędzy. Premier tymczasem wyjął dokumenty z podręcznej walizki i położył je na stercie obok siebie. Następnie wziął pióro do ręki.

— Czas zabrać się do pracy — pomyślał.

Niech się świeczczy!

Portrety działaczy KPD niesione przez robotników podczas pochodu pierwszomajowego

Wspaniałym prezentem dla klasy robotniczej w jej święto było ogłoszenie wyników wyborów, które miało miejsce 1 maja. Stanowisko premiera objął przedstawiciel Komunistycznej Partii Dreamlandu – towarzysz Torkan Ingawaar, który trzema głosami (na 24 oddane) pokonał Oskara ben Groznego-Witta, kandydata Klubu Św. Augustyna. 

Choć kampania wyborcza rozpoczęła się bardzo późno, bo właściwie w ostatnich dniach przed wyborami, to zdołała – do zakończenia głosowania – rozgrzać nieco ospałe do niedawna dreamlandzkie forum. Nie dziwi fakt, że Klub Polityczny św. Augustyna stracił zaufanie większości wyborców po fatalnej kadencji premiera Auksencjusza Butodzieja-Witta.  Słaby program kandydata na następcę nie wzbudzał zaufania na poprawę sytuacji. Nic więc dziwnego, że obywatele tym razem postanowili dać kredyt zaufania pozostającym od dawna w opozycji komunistom.

Ambitny program Ingawaara to m.in. odpolitycznienie prokuratury poprzez oddzielenie jej od rządu, naprawa przepchniętej niedawno konstytucyjnej reformy administracji terytorialnej a w polityce zagranicznej dokończenie porządkowania wzajemnych stosunków między Dreamlandem i Elderlandem oraz upomnienie się o utraconą przez Scholandię Awarę Południową. W rządzie, oprócz partyjnych kolegów – tow. Mat Maxa jako MSWiA, Radzieckiego jako MSZ i Aronsa Jesse Oliviera jako Ministra Kultury – zasiądzie również bezpartyjna towarzyszka Polyna jako Minister Sprawiedliwości. Jest to pierwszy krok na drodze do zapowiedzianego odpolitycznienia prokuratury.

Pokonani augustianie nie składają broni. Po ogłoszeniu składu rządu przez nowego Premiera, dotychczasowy kandydat Oskar ben Grozny ogłosił że poprowadzi „gabinet cieni”, który ma – wedle jego własnych słów – „wytykać” działania rządu komunistów.

Redakcja Trudu składa wszystkim czytelnikom najlepsze życzenia z okazji pierwszomajowego Dnia Pracy.

Z przyczyn realowych tekst ten został opublikowany później niż planowano. Za opóźnienie przepraszamy.

Ostatni dzień kadencji

Premier Butodziej-Witt patrzył zdezorientowany na leżący przed nim papierek, podsunięty przez pracowitego asystenta, który stał obok z naręczem innych dokumentów. Przypadek właściwie sprawił, że zamiast podpisać od ręki, premier przebiegł wzrokiem treść dokumentu. Zaczął już tego żałować.

Sir? — asystent nie był jeszcze do końca wdrożony w protokół.

Wyjdź, proszę. Muszę… potrzebuję chwili namysłu.

Kiedy za chłopakiem zaskrzypiały zamykane drzwi gabinetu Premier ciężko westchnął i na chwilę ukrył twarz w dłoniach. Po chwili wahania sięgnął po słuchawkę telefonu i wykręcił numer łączący go bezpośrednio z najważniejszym z ministrów. Po odebraniu usłyszał jednak głównie szum.

Halo, Tato?

—  Auksencjusz? Musisz mówić głośno, jestem na lotnisku, właśnie startujemy.

Tato, mam przed sobą rozporządzenie numer 37. Czy możesz mi wyjaśnić o co w tym chodzi?

Cisza po drugiej stronie telefonu przeciągała się.

Po prostu podpisz — po długiej przerwie nadeszła odpowiedź. — To w tej chwili jedyne rozwiązanie.

Kiedy uzbrojeni agenci wywalili drzwi do apartamentu Kaufmana nastąpiła chwila konsternacji. W sumie wszyscy wiedzieli, że można się spodziewać wszystkiego. Tym niemniej pawie pióra, zapach rozpuszczalnika oraz walające się po podłodze pudełka po cialis to trochę dużo. Pod podkutymi butami wkraczających z cichym trzaskiem pękały zużyte plastikowe strzykawki. Kaufman nawet ich nie zauważył – stał w swojej sypialni wpatrując się przez balkonowe okno w wiszące jeszcze nisko różowe słońce.

Słońce wstaje krwawo… tej nocy przelano krew – powtórzył kolejny już raz. Nie obejrzał się jednak na łóżko, na którym wciąż leżała odurzona poprzedniego wieczoru czternastolatka.

Agenci, powtarzając wezwanie do uniesienia rąk za głowę zbliżyli się do niego, celując z pistoletów maszynowych. Jeden wyciągnął już kajdanki, którymi miał unieruchomić degenerata. W tym momencie usłyszeli jednak warknięcie. Zza drzwi prowadzących do drugiego pomieszczenia wypadł zdziczały Karbiak. Wyłupiaste oczy tym razem niemal wisiały, a z części, którą można w przybliżeniu uznać za szyję zwisał kawałek urwanego łańcucha. Agenci nie mieli żadnych szans na krótki dystans. Rozszarpał ich, po czym zaczął grzebać we flakach, szukając najsmaczniejszych kawałków.

Kaufman nie zwrócił na nic z tego uwagi.

Przyzywa mnie krzyk mew, walczących o truchło dwutygodniowego kociaka na plaży — zadeklamował nagle, otwierając balkon — Wzywa mnie pisk pijanego albatrosa. Woła mnie tańcząca w porcie ulicznica. Jestem. Jestem. Jestem. — wstąpił na stojące przy barierce krzesło. — Kroczę w przestrzeń wolności, gdzie wyznanie jest przebaczeniem a żal… — uczynił krok naprzód. 

Końcówka taśmy amunicyjnej zagrzechotała, kiedy wciągał ją huk CKMu. W nastałej ciszy zaskakująco głośno zabrzmiały słowa jego operatorów.

Ładuj, kurwa, ładuj!

Chciałbyś, żebym ci załadował, co Torkan?

Wykurwiaj Vlad!

Muzyka broni zabrzmiała na nowo, wypluwając ołowiane nuty prosto w twarze nacierających.

Minister van Koller podjechał swoim pancernym samochodem pod budynek Parlamentu. Wysiadając już zauważył nietęgą minę mającego go eskortować do środka komandosa. Zaklął w duchu, spodziewając się najgorszego.

Podchodząc do czekającego w środku oficera dowodzącego zabezpieczeniem budynku zobaczył cztery przykryte kształty, które mogły być tylko ciałami. Zazwyczaj opanowany oficer był blady. Tym razem van Koller naprawdę się przestraszył.

Co do kurwy… akcja miała być bezproblemowa! Nie było mowy o ofiarach! – wykrzyczał do skrzywionego dowódcy komanda.

Nie spodziewaliśmy się. Ten marszałek… nagle rzucił się na eskortę, wymachując kodeksem i coś krzycząc. Musieliśmy się bronić. A Radziecki wykorzystał szansę i zaczął strzelać, załatwił jednego z agentów.

Co? Strzelać? Z czego? Skąd miał broń w budynku Parlamentu?

— Nie jestem pewien jak… — dowódca komandosów podniósł plastikową torebkę, w którą włożony był rewolwer Radzieckiego.

— Nieważne — minister Koller też zauważył ślady na lufie i kolbie. — A czwarte ciało?

— No bo… jak zaczęła się strzelanina… to jeden z naszych… no… był w krzyżowym ogniu. 

— Kto? — Koller wstrzymał oddech.

— Panie ministrze… — dowódca tylko wskazał palcem na jedno z ciał, które w odróżnieniu od pozostałych leżało na noszach.

van Koller podszedł do ciała i odsłonił jego twarz. Nagłe poczucie realności spadło na niego jak wiadro lodowatej wody po pobycie w saunie. Patrzył w twarz Oskara ben Groznego-Witta, do niedawna – kandydata na kolejnego premiera z ramienia KPA, a teraz – stygnącego już trupa.

Młody łącznikowy przydzielony do obsługi Pałacu Królewskiego właśnie skończył sobie robić poranną kawę. Chwilę wcześniej zmienił swojego poprzednika z nocnej zmiany. Nie odrywając ust od kubka sięgnął po najnowszą depeszę, którą wypluł z siebie staroświecki dalekopis.

Po chwili, z wielką brązową plamą na mundurze, biegł już w kierunku królewskiej sypialni.

Król Alfred, wciąż w nocnej koszuli z wyszytym herbem, spokojnie wysłuchał informacji przekazanej przez oficera. Wezwał – jak od niego oczekiwano – wszystkich dygnitarzy na nadzwyczajne spotkanie. Kiedy wszyscy wyszli zdecydowanie przekręcił klucz w zamku drzwi, po czym – dla pewności – podstawił pod klamkę krzesło, zapierając je o ciężki dywan. Ściągnął z łóżka prześcieradło i zaczął je skręcać.

Gaston Senancour sprężystym krokiem podążał przez salę przylotów lotniska w Dreamopolis. Po krzepiącym urlopie w Santerze, który upłynął mu na czytaniu ciekawostek w Wikipedii i gromadzeniu specjalistycznego oprzyrządowania do barbecue był gotowy na wszystko, co miał mu do zaoferowania Dreamland. Jak się okazało – w przeciwieństwie do samego Dreamlandu. Dwie minuty później rozplątane sznurowadło wcięło się w ruchome schody, obalając Pierwszy Grill Dreamlandu i posyłając go w niebyt. Opustoszałe ciało spędziło kolejne czterdzieści lat w szpitalu, podtrzymywane sztucznymi metodami w ruchu, jednak sam Gaston wymieniał się już ze świętym Augustynem fachowymi uwagami, porównując swoje bogate kolekcje porcelany.

I Scholandzki Turniej Szachowy

Ruszamy z I Scholandzkim Turniejem Szachowym.


fot. Jeff Dahl, CC-BY-SA 3.0

Turniej odbywać się będzie od 20 kwietnia – zgłaszać można się także później, ale im szybciej, tym lepiej. Rozgrywki odbywać się będą za pomocą portalu chess.com (jest też aplikacja mobilna), jako szachy korespondencyjne z 24h na ruch – turniej potrwa więc najprawdopodobniej kilka tygodni albo i dłużej.

20 kwietnia losuję pierwsze pary, które rozegrają mecze. Przegrana nie oznacza odpadnięcia z turnieju, ale wpływa na to, kto będzie wylosowany na kolejną rundę (system szwajcarski). Gramy 5 rund.

Pula nagród w tej chwili wynosi 55 000 D, finansowane przeze mnie. Wpisowe do turnieju wynosi okrągłe 0 D, zapraszam też obcokrajowców.

Zapraszam do zapisów (niezależnie od tego, czy wcześniej graliście w szachy, czy nie) i polecam dzielenie się informacją na forach innych krajów z zaproszeniem do tego wątku. Jeżeli ktoś chce wziąć udział, a nie chce / nie może napisać tu w wątku, proszę o kontakt wiadomością prywatną na forum albo na matikula9@gmail.com.

Nagrody:
I miejsce: 25 000 D
II miejsce: 15 000 D
III miejsce: 10 000 D
IV miejsce: 5 000 D

Zapisy i więcej informacji w wątku na forum Królestwa Dreamlandu.

Umarł król, po co nam król?

Król Alfred czy po prostu Alf? Jaką postawę przyjmie nowy monarcha?

Panowanie Edwarda II, znanego wcześniej jako Jacques de Brolle dobiegło końca. Po dłuższym okresie ledwie podtrzymywanej egzystencji powalony realem władca postanowił, zamiast wysłać kolejny pocieszający komunikat, że „szczegóły wkrótce”, wyciągnąć wtyczkę od sztucznego krążenia.

Jakie było panowanie ustępującego monarchy? Techniczne, sprytne i skuteczne.”Eddie” skutecznie zdołał przekształcić Dreamland z kraju o reputacji hermetycznego i konserwatywnego w przestrzeń otwartą, do której spłynęło sporo ludzi szukających większych emocji i realnej przestrzeni sporu. Król celowo przyjął postawę hands off, interweniując tylko wówczas, gdy ktoś wykraczał poza nakreślony przez niego ring.

Jak sam stwierdził w informacji o abdykacji – przekazuje państwo następcy w dobrym stanie, z wysoką aktywnością i sporą ilością mieszkańców. Dziedzictwem o którym nie wspomniał, jest coraz bardziej dryfująca na boczny tor rola monarchy. Po E2 nie ma już w Dreamlandzie raczej miejsca na króla-wizjonera, raczej na króla-gryzipiórka, który pracowicie wypełnia swoje obowiązki i co najwyżej czasem opatrzy wysłany list zgryźliwą uwagą na marginesie.

Jak wynika z ascetycznego wystąpienia otwierającego panowanie – tego też należy się spodziewać po nowym królu Alfredzie. Wcześniej polityk centrowy, ostatnio skupiony głównie na sądownictwie. Innych kandydatów na scenie raczej nie było, a przynajmniej nie takich którzy spełnialiby wymóg bycia akceptowalnym dla głównych sił politycznych i wykazywania się jako taką aktywnością. Która, nawiasem mówiąc, również nie jest zbyt obiecująca. Dość wspomnieć nie tak dawną porażkę nowego monarchy jako zarządcy Domeny Królewskiej – porażkę wynikającą, jak sam zainteresowany twierdził, z problemów technicznych i braku dostępu. Kilka zasygnalizowanych wcześniej projektów również nie doczekało się ostatecznie realizacji.

Podsumowując – nagłego skoku aktywności ze strony Korony raczej nie ma co się spodziewać, minus poprawka na świeży entuzjazm na samym początku. Ani nie wskazuje na to dotychczasowa postawa nowego władcy, ani nie przewiduje tego obecna formuła monarchii jako takiej. Pozostaje liczyć, że Dreamland w konsekwencji tej dynastycznej zmiany nie utracił udanego i potrzebnego sędziego w zamian  za zysk w postaci niespecjalnie potrzebnego monarchy.

 

 

Heraldyka spojrzeniem l’Œil de gueules odc. 2 – Najbardziej skomplikowany herb Dreamlandu

Herb króla-seniora eMBe

Heraldyka dreamlandzka, szczególnie ta najstarsza, posiada kilka wyjątkowych przypadków w swoim herbarzu, które mogą przyprawić widza o prawdziwy oczopląs. Świetnym przykładem jest chociażby herb króla-seniora eMBe – tarcza czwórdzielna, ale w całości błękitna, usiana w polach 1 i 2 złotymi płytkami, a 3 i 4 – krzyżami. Do tego cztery podobne lwy, różniące się tylko kolorem. Totalna wizualna kiszka. Mimo to, pod względem skomplikowania ma poważniejszych rywali.

W Polskiej heraldyce czynność zwana po angielsku quartering nie ma dobrego tłumaczenia, co wynika z faktu, że polskie herby rządziły się zupełnie innymi zasadami. Ponieważ jednak herby mikronacyjne są herbami osobistymi, a nie rodowymi, sztuka ćwiartowania herbów też musiała się u nas znaleźć. Polega ona na umieszczaniu na jednej tarczy wielu herbów – co ma służyć zaznaczeniu pochodzenia, roszczeń czy pokrewieństwa. Choć metoda ta nie zawsze jest stosowana z godnie z ogólną logiką realnej heraldyki, gdyż większość naszych ćwiartowań  jest po prostu metodą umieszczenia na herbach wielu różnych elementów, to można znaleźć kilka ciekawych przypadków.

Herb Martina van der Spider-Liberi
Herb Pawła Erwina Liberi

Pierwszym, stosunkowo prostym, jest herb Martina hrabiego van Spider d’Archien – Liberi. Tarcza podzielona jest na trzy części, z czego dwie górne części to powtórzone herby rodziców – odpowiednio Alchiena d’Archiena-Liberiego oraz Jubei d’Archien-Liberi – a trzecia, dolna to osobisty herb „mówiący” – w tym wypadku jest to pająk, stanowiący oczywiste nawiązanie do nazwiska hrabiego Martina. W tej samej rodzinie znajdziemy herb diuka Pawła Erwina d’Archien – Liberi y de Ebruz. Tu mimo poczwórnego podziału tarczy mamy tylko jedno bezpośrednie nawiązanie – znowu jest to powtórzony herb Alchiena d’Archiena. Trzeba zwrócić uwagę, że ten herb sam sobie jest już podzielony w skos, co dodatkowo mnoży ilość pól występujących na herbie.

Herb Martina Schlesingera-Asketila
Herb Steda Asketila
Herb Sergiusza Asketila

Interesującym przykładem bardziej ascetycznego podejścia do prezentacji powiązań rodzinnych są herby rodziny Asketilów. Senior rodu – Sted książę Asketil w swoim herbie ma złotego lwa na czarnej tarczy usianej złotymi gwiazdami. Jego potomkowie – syn i wnuk, czyli Sergiusz Asketil i Martin Schlesinger-Asketil – zaczerpnęli z herbu właśnie owo czarne tło i gwiazdy. Zdecydowali się jednak na nieco inną konfigurację (gwiazdy jako elementy, nie jako tło herbu), dzieląc następnie tarczę w słup i pozostawiając sobie jedną połówkę na indywidualne symbole, choć zachowane w złoto-czarnej kolorystyce.

Herb Hansa Olo
Herb Andy’ego Skye

Bardzo efektowną techniką heraldyczną może być alteracja barw wedle zasady odwróconego odbicia. Najprostszy przykład to herb barona Han-Solo, prezentujący głowę lwa na podzielonej w słup tarczy o barwach białej i czarnej – głowa jest odpowiednio odwrotnie pomalowana na każdej z połów.

O wiele bardziej zaawansowanym wykorzystaniem tej techniki jest herb księcia Andy’ego Skye, przedstawiający złoto-czarnego gryfa na podzielonej promieniście srebrno-zielonej tarczy, gdzie odpowiednio gryf jest czarny na srebrnym tle – i złoty na zielonym. Tu przejść między barwami jest kilka, mimo to całość bardzo dobrze się komponuje.

Powoli zbliżając się do końca tego artykułu warto przedstawić to, co obiecuje chwytliwy tytuł – czyli najbardziej skomplikowany herb z naszego herbarza. Choć oczywiście zawsze będzie to kwestia indywidualnego gustu, sam bez wahania wskażę herb Apodifa barona Erinacila. Nie wiem kim był, jeżeli jednak sam zaprojektował swój herb, to nie znał pojęcia overkill.

Mamy oczywiście czwórpodział tarczy, do tego w centrum umieszczony jest dość skomplikowana kombinacja dwóch krzyży i orła. Pola są (niemal) symetrycznymi odbiciami (zgodnie z zasadami heraldyki tego typu odbicia robi się na skos), z odwróconymi barwami. Każde pole jest wręcz zasypane elementami – w jednej parze mamy krzyże, i dwukrotnie skosy jako figury, a w drugiej parze – zwierzęta i bordiury. To, że niektóre elementy są różne a nie tylko kolorystycznym odbiciem (różne zwierzęta, różne krzyże, różne bordiury) tylko potęguje wrażenie zamieszania i nadmiernego skomplikowania.

Niech długość pełnego blazonu (heraldycznego opisu herbu) sama zaświadczy o stopniu jego skomplikowania:

Na tarczy czterodzielnej w krzyż w centrum Krzyż Rycerski Srebrny w nim Krzyż Grecki Czerwony, w nim Orzeł Czerwony, w polu Srebrnym Skos Gronostajowy Srebrem obramowany, w górnej części Krzyż Maltański Zielony, dolna część w Skosy Lewe Czarne, w polu Czarnym Lew Srebrny i Bordiura Gronostajowa, w polu Zielonym Gryf Srebrny wspięty na lewo i Bordiura Gronostajowa, w polu Srebrnym Skos Gronostajowy Srebrem obramowany, górna część w Skosy Lewe Zielone, w dolnej części Krzyż Laskowy Srebrny Czarnym obramowany.